piątek, 9 stycznia 2015

Rozdzial 4 Wypadek samochodowy oraz dotarcie do zoo-czyli 1 wspomnienie Rico












To bylo w dziwny , jakis nieudany dzien.  Nie, to nie poniedzialek,ktorego tak nienawidzimy. To byl piatek. Wszyscy  uwielbiamy piatek. I kazdy wyczekuje na niego jakby bylo to jakies swieto.
Reklamy weekendowe - na sobote proponowali juz rozne potrawy  i jakies rzeczy. Nic,co mogloby  przyciagnac moja uwage. Dostrzeglem ,ze czlowieki dokads sie spiesza. Az mnie mocno uderzyl wiatr w moj idealnie ulozony wlosek na glowie. Zaczynalem sie denerwowac-nie lubilem miasta. Ale musialem przetrwac, przeciez prawie docieralem do zoo, o ktorym wspominala mi moja rodzina.
-Nie myslalem,ze taki tlum.-mowie. Nie docieralo do mnie,ze piatek oznacza dla nich jakis rodzaj odpoczynku. Przeciez i tak widywalem  osoby, ktore  lenily sie caly czas  w fotelu. Zasmialem sie ironicznie i ide sobie dalej. Znaczy w zasadzie to krocze, prawie szybko. Mialem  zamiar buchnac jakies autko idealne dla mnie. Nie wiedzialem tylko,jakie ma byc. Instynktownie spojrzalem za siebie.
Nic. Czysto. Cala masa  odglosow dociera do mnie. To dziwne uczucie, jakbym byl w oku jakiegos huraganu. U nas nigdy nie bylo tak glosno. No dobrze, jesli bylo-to ja nie zauwazylem tego w zaden sposob...-oczywiscie moja nieuwaga musiala dostac za swoje. Zderzyl sie ze mna samochod i przewrocilem sie na ulice. Jedna z opon mocno mnie drasnela i  pozostawila po sobie brzydko wygladajaca  rane. W zasadzie powinienem byc z niej dumny,ale tak naprawde mialem stracha, ze  przez to nie znajde sobie przyjaciol. Zastanawialem sie,czy kiedykolwiek ktos widzial pingwina lezacego na ulicy i zastanawiajac sie nad  swoim zyciem- a moze widzieli tylko zrozpaczonego,zmeczonego zyciem pingwina, kto wie. Nigdy nie wiedzialem,jak  ludzie widza swiat.
Wiedzialem tylko,ze  nieustannie od nich uciekalem. Nie wiem, jak oni  mysla czy funkcjonuja.
Slyszalem,ze duzo mamy  podobnych cech,ale  tak jak my -maja tez te negatywne. Nucilem sobie
jakas piosenke angielska. Nagle zobaczylem ogromny napis po hiszpansku a bylo to Ser quien soy.
Nie domyslalem sie, o co chodzi. Pobieglem truchcikiem. Wreszcie po godzinach dotarlem do zoo!
Nie wiecie jakie to uczucie docierac do celu! Po latach  podrozy moze wreszcie znajde stale miejsce.
Uff, moje zmeczenie uderza mnie prosto w moje miesnie. Mam zwyczajnie dosc. -Meh.-mowie.
-Wiesz co..-zaczyna  jakis pingwin w poblizu mnie. Spogladam na niego. Wyglada na zaciekawionego tym,co ja tu robie. -Nie wiem,od czego zaczac...padam na leb na szyje.- mowie.- Chodz odpoczniesz troche i przy okazji mnie poznasz. Jestem Skipper.- przedstawil sie dumnie.Widac,ze jest pewny siebie i bardzo madry. Moge sobie nawet  dac urwac  glowe,  ze przeszedl niemal tyle samo ,co ja.
Wszystko  wydaje sie takie inne,kiedy sie w koncu zatrzyma. Trzeba sie nauczyc wielu rzeczy.
-Jak sie nazywasz.-zapytal mnie.-Rico.-powiedzialem. -Masz jakies problemy-spytal.-Odrobine ma problemy z  gramatyka, ale sie poprawi.-odparlem.-Odrobine, to nic takiego. Chcesz  byc w  druzynie.-zapytal.- Tak,chetnie chce.-odparowalem. -Troche tego jest,papierki i takie tam...-odezwal sie wskakujac do bazy a ja wskoczylem wraz  z nim. Na  samym poczatku nie znalem zadnego naukowca ani uroczego- bylismy tylko ja i Skipper, jakas pomniejsza druzyna w  dwojke.- A gdzie te papierki sa.-zapytalem powaznie. - Gdzies sa, nie mam zupelnie do tego glowy...-odparl Skipper.
Zasmialem sie dziwnie a potem zrobilem mine, zeby  rozsmieszyc Skippera.Wygladalem tak:

-Oj,Rico..-zaczal.-Przydalby sie jakis madry...-przyznal. -Wiem,ale ja moge zrobic Kaboom.-mowie.
-I wyrzygac  potrzebne rzeczy,hehe.-rzucil od tak. Pokiwalem  glowa. - Chodzmy sie przejsc.-zaproponowal.-Okej on chetnie.-mowie. Bylismy w mieszkaniu i zastalismy dwa  pingwiny w opalach. -Kaboom-zapytalem.-Tak Rico kaboom.-odparl Skipper.  I wszystko wybuchlo.


Tak to  wygladalo,ze potem musielimy  wiac,  gdzie pieprz rosnie, ale wszystko sie jakos udalo...
-Kowalski jestem.-rzekl wysoki pingwin.- A ja Szeregowy.-rzekl ten mniejszy. -Milo,jestem Rico.-przedstawilem sie. I tak powstala nasza grupa. Brakowalo jeszcze tylko nazwy... nie wiedzielismy.
-Pingwiny.- zaproponowal Skipper. -Tylko tyle...malo oryginalne.-mruknal Szeregowy.
-Ale skad.-zapytal Kowalski. -Nie wiem,co dac, Rico,oswiec nas laskawie.-mruknal.- Yy...Z Madagaskaru.- palnalem pierwsze,co przyszlo mi do glowy. -Brzmi calkiem spoko...-odparl Skipper.
-I nie jest przecietna.-mowi Kowalski.- Przeciez na Madagaskarze nie ma pingwinow-mowi mlody.
-Od teraz sa...my.-odparlem. -My...Rico,specjalista od wysadzania i dawania  roznych rzeczy na zawolanie-wybacz,jesli zabrzmialem dziwnie... Kowalski naukowiec, Szeregowy bedzie uroczym a ja dowodca.-postanowil on.- PRZECIEZ JA  JESTEM  MADRZEJSZY.-krzyknal. Mruknal cos.
-No dobra.  I tak nie mam w zasadzie przyjaciol. Zostaje.-oznajmil urazony.- Ja  tez! Maja tu  telewizje!!!-wola Szeregowy. - A ja jestem przywodca i musze Was ,moi drodzy pilnowac.-stwierdzil,wzdychajac  ciezko. -Zostaje! Kaboom! Ha ha!-  wolam wesolo,a  oni sie rozesmiali...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz